Wspomnienia z pierwszych dni. Szczecin 1945

Kazimierz Pacholski – fragmenty wspomnień
(umieszczono za zgodą syna Macieja Pacholskiego)

… KONIEC WOJNY!
Byłem w stałym kontakcie z Wydziałem Osiedleńczym Starostwa Powiatowego w Grodzisku Mazowieckim. Obiecano mi, że jak tylko dostaną wiadomość o Szczecinie zaraz mi ją przekażą. I stało się, miałem już 34 chętnych do wyjazdu, którzy chcieli jechać do Szczecina.

6 lipca 1945 roku jestem w Starostwie, wykaz chętnych mam przy sobie, powiadają można jechać do Szczecina.

W Starostwie wystawiają mi potrzebne dokumenty dla 34 osób, ja jako przewodnik i w dniu 8.07.1945 wyjeżdżamy. W godzinach rannych na rynku przed Kom. Gm. PPR stoją gotowe furmanki (podwody) przygotowane przez miejscowych gospodarzy, do przewiezienia grupy na stację kolejową w Żyrardowie. Żegnani przez mieszkańców osady odjeżdżamy. Około godziny 1100 wsiedliśmy do pociągu osobowego, składającego się z krytych wagonów – towarowych, jadącego z Warszawy do Szczecina przez Koluszki, Łódź, Ostrów Wielkopolski, Poznań, Krzyż, Choszczno, Stargard do stacji Schöune (obecnie Szczecin – Gumieńce). Po drodze zwłaszcza do Poznania widać zniszczenia wojenne. Lasy przy torach wypalone, sterczą kikuty drzew, strzaskanych pociskami, zabudowania poniszczone. Od Krzyża do Choszczna obraz zniszczeń jeszcze większy, widać na polach niemieckie i radzieckie wozy pancerne wypalone. Często musimy zatrzymywać się, aby przepuścić transporty jadące na wschód. Postoje pociągu trwają po 2 a nieraz po 3 godziny. W Choszcznie pociąg stoi 4 godziny, wychodzimy na miasto, zniszczone. Napotkani cywile twierdzą, że panuje tyfus, nie radzą nikomu tu zostawać, jedziemy dalej. W Stargardzie spotykamy patrol Wojska Polskiego. Zapytani o Szczecin nic konkretnego powiedzieć nie mogą. Kolejarze ze Stargardu ostrzegają przed grasującymi na stacji kolejowej Schöune bandami. Po kilku godzinach postoju w Stargardzie jedziemy dalej i im bliżej miejscowości Alt Damm – obecnie Dąbie, zniszczenia coraz większe. Dąbie zniszczone bardzo, nie widziałem budynku, który nie byłby postrzelany pociskami artylerii, nie mówiąc o broni maszynowej. Dowiadujemy się, że nie wiadomo, czy przepuszczą pociąg przez most na palach, który jest bardzo przeciążony. Wszystkie mosty leżą w Regalicy lub Odrze, wysadzone przez Niemców.

Wreszcie pociąg dojeżdża do mostu zbudowanego z pali drzew przez saperów, staje. Obsługa pociągu zachęca, aby pasażerowie o słabych nerwach poszli na pieszo, co też wielu ludzi czyni. Po przebyciu mostów, jak wyżej zaznaczyłem dojeżdżamy do stacji kolejowej Schöune – obecnie Gumieńce. Było to dopiero dnia 10.07.1945 roku w godzinach wieczornych. Pierwszą noc spędzamy u Niemców w domkach na Gumieńcach. Następnego dnia po skromnym posiłku udajemy się do centrum Szczecina. Od spotkanych w mieście Polaków dowiadujemy się, gdzie się znajdują jakie instytucje. Zaskoczeni jesteśmy gwiaździstym układem ulic i dlatego często błądzimy.

W dniu 11 lipca lokujemy się w mieszkaniu przy obecnym pl. Żołnierza u jakiejś Niemki, tam odpoczywamy do dnia następnego. W dniu 12.07.45 r. lokuję całą grupę w PURze na Małopolskiej, udaję się do Komitetu Miejskiego PPR, który mieści się przy Falkenwälderstr. – obecnie al. Wojska Polskiego, w dwóch budynkach przylegających do placu Lenina.

Sekretarz Czyż i jego brat informują nas jak jest naprawdę: że sytuacja jest ciężka, brak żywności, światła, wody. Woda tylko z pomp ulicznych. Wracam do ludzi, przedstawiam, jak wygląda sytuacja. Spotykam się z narzekaniem i zarzutami, że tak daleko ludzi wywiozłem, że żadnych perspektyw…

W dniu 12.07.45 r. wspólnie z żoną i bratem znajdujemy mieszkanie opuszczone przy ul. Elizabethstr. 63 na II piętrze (obecnie ul. Kaszubska) i tam zamieszkujemy, zabierając całą grupę. Po wymyciu się, a wodę nosiliśmy wiadrami z ul. św. Wojciecha róg Ledóchowskiego – obecnie Obr. Stalingradu, wychodzimy na miasto ustalając dyżury, aby zawsze ktoś był w domu. Następnego dnia, tj. 13.07.45 r. zbieram ludzi, którzy chcą zostać, bo około 20 osób zaraz tego dnia odjechało na inne tereny, idziemy na Haken Terasse obecnie Wały Chrobrego, gdzie mieści się chwilowo Zarząd Miejski (obecny gmach Urzędu Wojewody), rejestrujemy się, otrzymujemy karty rejestracyjne – nr mojej karty 2385/45 z dnia 13.07.45 r. numer mojej żony 2383/45 oraz zaświadczenie nr 1715 i 1716 upoważniające nas do poruszania się w granicach miasta Szczecina od godz. 4 do 22, jednak niedające prawa oddalenia się poza granice miasta…

Dzień 14 lipca poświęcamy na zwiedzanie miasta. Szczecin ma bardzo dużo zburzonych i wypalonych domów, są to skutki, jak nas zorientowali Niemcy, dwóch dywanowych nalotów samolotów angielskich. Bardzo duża pozostałość walających się po ulicach części bomb lotniczych. Dla kontrastu duże wrażenie robi na nas niezniszczona dzielnica Westend i Neu Westend – obecnie Pogodno.

W dniu 15.07.45 r. a jest to niedziela, zapowiadana jest pierwsza Polska podniosła uroczystość z okazji odniesienia zwycięstwa nad Krzyżakami pod Grunwaldem w 1410 r. z przemianowaniem placu Kaiser Platz czy też Kaiser Wilhelm Platz, ale chyba tego pierwszego, na plac Grunwaldzki. Szykujemy się wszyscy. Rano godz. 1000 w środkowym skrzydle (Landeshaus) obecnego Urzędu Prezydenta miasta przy ul. Dzierżyńskiego podniosła uroczystość. Około 200 – 300 Polaków /duża grupa? /, środkowa część budynku udekorowana flagami narodowymi. Pozostawiono ołtarz polowy, odprawiona zostaje msza św., po ukończeniu której udają się wszyscy pieszo na pobliski plac, na którym stoi przygotowana trybuna. W uroczystości m.in. brali udział prezydent miasta inż. Piotr Zaremba vice prezes inż. Jamroży, komendant wojenny miasta mjr Gorczakow z żoną, który na tą uroczystość założył polski mundur, i wielu innych. My oczywiście całą grupą, która została. Przemówienie wygłosił donośnym głosem, mową polsko – rosyjski mjr Gorczakow, który nakreślił całą martyrologię narodów Europy ze Zw. Radz. i Polską.

W momencie wyliczania przez mówcę, jakie to bronie użyto przeciwko tym narodom, mówił mniej więcej tak „zchromadił germaniec orużja, samoljety, tanki, armaty pulemioty i” – tu dłuższa przerwa, brak słów – machnięcie ręką – „chalera jego wiec co“ – zebrana grupa nagradza w tym miejscu mówcę gorącymi brawami. Aktu przemianowania placu dokonał P. Zaręmba, a vice prezydent inż. Jamroży po drabince przystawianej do cegieł stojących pod jednym z narożników domów od strony południowej, wszedł, oderwał starą tabliczkę niemiecką, a przybił polską z oznaczeniem Pl. Grunwaldzki. Oczywiście zebrani odśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła “a następnie Rotę, „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród “.

Przebieg tej pierwszej polskiej uroczystości tak się utrwalił w mojej pamięci, że go do końca życia nie zapomnę.

Na marginesie uroczystości:
Na klombie, który znajduje się przy pl. Żołnierza za pomnikiem Wdzięczności w kierunku Al. Niepodległości, stał pomnik cesarza Wilhelma II /ten plac prawdopodobnie nazywał się Kaiser Wilhelm Platz/, który siedział na koniu. Jacyś dowcipni ludzie założyli cesarzowi worek na głowę, obwiązując go sznurkiem wokół szyi, żeby mu nie było przykro patrzeć na przemianowanie placu.

Od dnia 16.07.45 r. rozpocząłem pracę w Wydz. Kwaterunkowym Zarządu Miejskiego. Ponieważ Niemcy zniszczyli dokumenty dotyczące budynków mieszkalnych, trzeba było dom po domu, ulica po ulicy, mieszkanie po mieszkaniu, ewidencjonować, zakładając kartoteki poszczególnych mieszkań. Kilkunastu kontrolerów codziennie wyruszało na miasto celem wykonania tej pracy. Nikt nie pytał, za jakie wynagrodzenie będzie pracował.W sierpniu lub wrześniu przeniesiono Zarząd Miejski z Wałów Chrobrego do różnych gmachów na terenie miasta. W sierpniu 45 r. poprosiłem o kilka dni wolnego, otrzymałem w PURze przy Małopolskiej bilet wolnej jazdy do Żyrardowa i z powrotem dla siebie i żony. Pojechaliśmy zlikwidować mieszkanie i przywieźć do Szczecina córkę Elżbietę oraz teściową Antoninę Kozakiewicz. Zaznaczyć także muszę, że w grupie mojej przyjechał także mój brat Władysław, który kilkanaście dni wcześniej powrócił z Niemiec, gdzie był wywieziony na przymusowe roboty. Ojciec Piotr przyjechał w październiku 1945 r. (zmarł w roku 1952, pochowany na Cmentarzu Centralnym).

W dniu 1.09.1945 r. zarejestrowałem w Wydz. Ew. Ludności, który się już mieścił przy al. Piastów 1, teściową pod numerem 18558 oraz córkę Elżbietę Natalię pod numerem 18557. O ile wiem, to Zarząd Miejski nie otrzymał żadnych dotacji na płace dla pracowników i z tego tytułu rosło zadłużenie Z.M. do pracowników. Otrzymywaliśmy paczki UNRRA żywnościowe i odzieżowe. Pierwsze pieniądze za pracę otrzymaliśmy po 3 lub 4 miesiącach. Wydział Kwaterunkowy, Samodzielny Referat ds. Ludności Niemieckiej (przekształcony później na Biuro ds. Ludności Niemieckiej) oraz Biuro Zatrudnienia mieściły się przy al. Jedności Narodowej róg Mazurskiej, gdzie obecnie mieści się Dzielnicowa Komenda MO Śródmieście. Polaków przybywało coraz więcej, ale i też dużo odjechało obłowiwszy się tzw. szabrem. Z mojej grupy zostało około 6 osób, reszta rozjechała się do innych miast na terenach wyzwolonych. Coraz częściej spotykałem znajomych ludzi z Warszawy, z którymi kiedyś pracowałem, a nawet chodziłem do szkoły, a którzy u mnie zatrzymywali się na kwaterze. Pod koniec września 1945 r. przeniesiony zostałem do pracy w biurze dla spraw ludności niemieckiej. W tym czasie zmieniłem mieszkanie zamieszkując przy al. Bohaterów Warszawy 116, mieszkania 3, w budynku zarezerwowanym do dyspozycji biura Wydziału Kwaterunkowego D.O.K.P.,

…Pod koniec 1945 r. otrzymaliśmy polecenie przygotowania mieszkania dla repatriantów przybywających z Wileńszczyzny. Postanowiono, że stacją docelową dla tych transportów będzie Szczecin – Niebuszewo, zaś my pracownicy biura ds. ludności niemieckiej, musieliśmy przygotować dla tych ludzi mieszkania właśnie w dzielnicy Niebuszewo i dlatego tak duży odsetek mieszkańców tej dzielnicy stanowią ludzie z Wileńszczyzny oraz Żydzi z terenów Związku Radzieckiego. Pierwszym kierownikiem biura dla spraw ludności niemieckiej był nie żyjący już Brunon Knuze, który w październiku 1945 r. po ustaleniu w Poczdamie granicy przebiegającej na zachód od Szczecina i na linii Świnoujście – Gryfino objął stanowisko burmistrza w Nowym Warpnie. Następnie stanowisko to objął mgr Józef Ostrowski przebywający do tej pory w Szczecinie.

W tym czasie biuro zostało przeniesione do budynku przy al. Piastów 1, gdzie mieścił się Wydz. Administracji I – instancji wraz z Wydz. Karno Administracyjnym, Ewidencji Ludności oraz Wydz. Wyznań. Kierownikiem tego wydziału był mgr Safir, obecnie Saperski, mieszkający w Szczecinie, zastępcą Krzyżaniak, późniejszy pracownik Wydziału Zdrowia. Ze strony aliantów zachodnich została utworzona w Szczecinie stała misja wojskowa, składająca się z oficerów i podoficerów angielskiego pułku artylerii królewskiej, która została ulokowana w dwóch dużych willach na Głębokim przy ul. Słonecznej – obecnie Pogodna. Ze strony dowództwa Armii Czerwonej stałym oficerem łącznikowym był mjr Charzkowski. Wysiedlanie Niemców odbywało się jak najbardziej humanitarnie, nie tak jak Niemcy postępowali z nami. Niemców przewożono wg ustalonych planów do wszystkich stref okupacyjnych, drogą lądową i morską. Przy czym drogą morską z nabrzeża „Mak“. Po wysadzeniu na ląd ze statku „Isar“ żołnierzy polskich powracających do kraju z Europy Zachodniej, przyjmowano na pokład Niemców wraz z dobytkiem i przewożono do Lubeki. Transporty kolejowe były kompletowane w punkcie etapowym P.U.R. przy ul. Mickiewicza. Całość przesiedleń prowadził PUR pod ścisłą kontrolą aliantów i Zw. Radzieckiego. Opiekę zdrowotną sprawowało PCK. W marcu 1946 r. Szczecin liczył 30 000 Polaków (tylu było zarejestrowanych) i 50 000 Niemców, którzy właśnie w marcu 1946 r. zaczęli opuszczać miasto. Powstawała sieć handlowa, spożywcza i gastronomiczna, lokale wyrastały jak grzyby po deszczu. Szczecin nie miał rzeźni, miejska na wyspie Łasztownia /Lastadie/ była eksploatowana przez Rosjan. Wydz. Handlu i Przemysłu, kierownik Pastorski zast. Dekert, pracownicy Gendera – Weczer Anatol (obecnie fotograf PAP) polecił uruchomić Spółdzielczo-Państwowej firmie „Rolmięs“ rzeźnię dla potrzeb ludności miasta w przetwórni na ul. Krasińskiego. Dyrektorem Rolmięsu“ był Marian Łabuński, zastępcą mjr. Proczkowski.

Powróćmy jednak do spraw niemieckich. Biuro ds. ludności niemieckiej było odpowiedzialne za opiekę nad Niemcami, wydawało zezwolenie na zajmowanie mieszkań dla wszelkiego rodzaju pracowników tak pracujących u Rosjan jak i Polaków. Prowadziło ewidencję ludności niemieckiej oraz wydawało wezwania do stawienia się dobrowolnego do punktu etapowego PUR celem wyjazdu do którejś ze stref okupacyjnych. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o reportażach, jakie ukazały się w „Przekroju“ nr44 z dnia10 -16 lutego1946 r. i drugi „Przekrój“ jubileuszowy nr 50 z 24 – 30 marca 1946r. (wymienione reportaże są w moim posiadaniu). Autorem obu reportaży był Stanisław Gaworek. Fotografie Henryka Hermanowicza, oba reportaże oddawały dość wiernie sytuację panującą w mieście.

Marzec i kwiecień 1946 r. były szczególnie pracowite dla zespołu pracowników biura ds. Ludności Niemieckiej. Otrzymaliśmy polecenie przygotowania mieszkań dla pracowników Urzędu Wojewódzkiego, z ramienia, którego mieszkania zabezpieczał Ob. Kazimierczak. Musieliśmy także przygotować mieszkania dla wszystkich instytucji wojewódzkich, które przenosiły się do Szczecina z Koszalina, jak MO-UB, sądownictwo-prokuratura i cały szereg innych. Z bezpieczeństwem na terenie miasta nie było najlepiej, zdarzały się różne ekscesy jak podpalenie PUR na Małopolskiej, strzelaniny i napady w biały dzień. Dlatego na terenie miasta obok organizującej się milicji i UB nad bezpieczeństwem obywateli czuwała także Komendatura Wojenna Miasta oraz ze strony Armii Czerwonej NKWD – które swoją siedzibę miało przy ul. Piotra Skargi, tam, gdzie obecnie jest mała zajezdnia i budynki należące do „KONSUMÓW “.

Pierwszym komendantem wojennym był wspomniany już mjr Gorczaków, drugim mjr Michalski z 16 brygady pancernej, a trzecim płk Janowski najenergiczniejszy ze wszystkich, który sam z grupą swoich żołnierzy nieraz brał udział w akcji likwidacji różnych grup, zagrażających społeczeństwu. Zastępcami jego byli mjr Grajewski i kpt. Łobik, obaj mieszkają w Szczecinie. Płk Janowski wraz z rodziną wrócił do Związku Radzieckiego. Komitet Wojewódzki PPR po przeniesieniu z Koszalina zajmował budynek mieszkalny przy al. Jedności Narodowej róg Wielkopolskiej. W połowie 1946 roku został przeniesiony do gmachu na pl. Orła Białego. W gmachu tym znajdował się Wydział Technologiczno-Budowlany – którego kierownikiem był inż. Sznajder pracownikami między innymi pani Studnicowa, oraz Prozorow, Siwiak, Wiśniak… Zima z 1945 roku na 1946 była bardzo ostra, ale przetrzymaliśmy ją, paląc w piecach starymi meblami… W lutym 1946 r. przychodzi na świat mój syn, Maciej….

W pierwszych dniach czerwca 1946 roku przeniosłem się wraz z rodziną do domku jednorodzinnego na Głębokim przy ul. Słonecznej 14, obecnie Pogodna 14, gdzie mieszkam do tej pory.

Kiedy dotarliśmy jako jedni z pierwszych, do tej peryferyjnej dzielnicy, nie było tutaj żadnej komunikacji. Po pewnym czasie uruchomiono autobus, który jeździł dość nieregularnie od toru kolarskiego do kąpieliska i dalej do Pilchowa. Tramwaj dowoził nas tylko do toru kolarskiego i wracał do Szczecina przetaczając wagon motorowy na początek składu. Często drogę od tramwaju do domu pokonywaliśmy piechotą, ponieważ autobusy psuły się nagminnie. Przez jakiś czas do pracy w Stoczni (gdzie pracowałem od 1952 r.) dojeżdżałem rowerem. Te trudności nikogo nie zniechęcały, było w nas wiele entuzjazmu i nadziei na lepsze jutro…

Jesienią 1955 r. ruszył pierwszy tramwaj do Głębokiego. Od tego momentu poczuliśmy, że mieszkamy w Szczecinie. Przy budowie torowiska pracowali, w czynie społecznym, prawie wszyscy mieszkańcy Głębokiego i Pilchowa.

Przez pierwsze 20 lat mieszkańcy Głębokiego znali się i utrzymywali na co dzień życzliwe kontakty. Spotykali się nie tylko z okazji uroczystości religijnych w kaplicy przy ul. Majowej, ale i z okazji wspólnych zabaw, np. sylwestrowych w szkole. Większość mieszkańców spotykała się też latem nad naszym jeziorem, na jednej z wielu plaż, którą dzieci nazwały Anturką. Uprawialiśmy przydomowe ogródki warzywne, żyjąc spokojnie bez większych problemów. Jedyną uciążliwością był i jest do dzisiaj brak kanalizacji ogólnospławnej. Mimo wszystko uważamy się za uprzywilejowanych mieszkańców Szczecina, żyjąc z dala od wielkomiejskiego zgiełku…

W roku 1946 w gmachu Komitetu Miejskiego przy al. Wojska Polskiego otworzono Teatr Mały. Sekretarzami byli wtedy Widawski – Streich – Czajkowski oraz Michalczyk, który przejawiał szczególną aktywność przy budowie sceny i w grze aktorskiej. W roku 1947 Miejski PPR, sekretarzem był wtedy Wł. Zubowicz (Czajkowski, Dobrogoska, Czarnojańczyk i inni), skierował mnie do pracy w Delegaturze Komisji Specjalnej do walki z nadużyciami i szkodnictwem gospodarczym, gdzie pracowałem do 1948 roku. W związku z powtarzającymi się nadużyciami gospodarczymi oraz nieuzasadnionymi skokami cen na artykuły żywnościowe na rynku, Rada Państwa powołała organ jej podlegający, który był upoważniony do ścigania wszystkich przestępstw, nadużyć i szkodnictwa gospodarczego. Praca była bardzo ciężka i wyczerpująca, przynajmniej dla mnie. Przewodniczącym Delegatury był Preisa, później A. Burda. W marcu 1948 roku przychodzi na świat mój drugi syn, Jerzy. W 1948 roku musiałem zrezygnować z pracy w Komisji Specjalnej i przeszedłem do pracy w Centrali Mięsnej. Pracowałem tam na stanowiskach: kontrolera ochrony rynku, kierownika Delegatury Powiatowej CM w Szczecinie, dyr. tuczarni Mosty, dyr. tuczarni Mścięcino aż do końca września 1952 r. Od 1.10.52 r. do chwili obecnej pracuję w Stoczni Szczecińskiej im. A. Warskiego…

Gdyby opisać wszystkie zdarzenia, które człowiek pamięta, a jest ich niemało, to urosłaby książka dość pokaźnych rozmiarów. Zostawiliśmy z żoną w Szczecinie 30 lat życia. Z perspektywy tego czasu dokonuję oceny i myślę, że dla dobra miasta i Ojczyzny staraliśmy się działać jak najlepiej, chociaż nie brakowało przeszkód ani potknięć. Często wspomina się ludzi, którzy już bezpowrotnie odeszli z naszej społeczności, którzy zrobili wiele. Pozostaną oni w mojej pamięci na zawsze…

Nazwiska tych ludzi, aż cisną się na usta. Warto by ktoś kto siądzie do spisania historii miasta Gryfa – Szczecina, spisał ją przez pryzmat przeżyć, uczuć i spojrzeń właśnie tych szarych ludzi pracy, którzy swoją mozolną, uczciwą, jakże często nie przynoszącą należytych korzyści materialnych pracą budowali właściwe podwaliny tego czym dziś cieszymy się wszyscy. Często zaświadczają o tamtych czasach ci, którzy z racji piastowania wysokich funkcji państwowych i społecznych, mieli więcej możliwości i czasu gromadzenia materiałów i pamiątek. Są one niewątpliwie cenne, ale nie mniej niż wspomnienia anonimowych uczestników tamtych czasów. Ludzi tych żyje coraz mniej i historycy powinni do nich dotrzeć, aby ich wspomnienia zostały pamiątką dla potomności i świadczyły, że „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”, i wielu z nich zostało tu na zawsze.

Pięknieje nam Szczecin, cieszą się nasze oczy, mamy wiele sukcesów i wiele porażek, ale ogólny bilans wyjdzie chyba na plus. O ileż Szczecin byłby piękniejszy, gdyby każdy traktował swoje obowiązki poważnie przez wyeliminowanie rozrzutności, marnotrawstwa, niegospodarności, podniesienie organizacji pracy – słowem mówiąc, uczciwości na co dzień, w każdym miejscu i w każdym poczynaniu, wcielał w życie zasady właściwego współżycia między ludźmi dla dobra obecnych i przyszłych Obywateli naszego grodu…

Szczecin, 1975 r.

Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Scroll to Top